"Rokoko po polsku" - kolejna recenzja autorstwa naszego studenta Aleksa Stadnickiego
Aleks Stadnicki
ROKOKO PO POLSKU
Recenzja płyty CD: Marcin Józef Żebrowski (XVIIIc.) – Sonaty; O. Amandus Ivanschiz OSPPE (1727-1758) – Tria; seria: Musica Claromontana – Jasnogórska Muzyka Dawna, vol. 77; wykonawcy: Adam Pastuszka, Violetta Szopa-Tomczyk, Jarosław Thiel, Marcin Szelest; wyd. Musicon MCCD 77, 2025.
„Est vetus atque probus centum qui perficit annos” – pisał Horacy w jednym ze swoich listów, wyrażając przekonanie, że klasykiem nazwać możemy kogoś, kogo twórczość przetrwała ponad wiek. Wobec własnych dokonań się akurat nie przeliczył. Jego poezja od razu weszła do literackiego kanonu, obok Homera i Wergiliusza, definiując na nowo wzorzec poezji na kolejne stulecia, pomimo zmian społecznych, religijnych i w końcu estetycznych, które zaszły w wiekach średnich. Nie wszyscy mieli jednak tyle szczęścia – czasem dzieła niektórych twórców, nawet genialnych, na długo skrywały mroki historii, nim w końcu pojawił się ktoś, kto wydobył je na światło dzienne. Wciąż trudno oszacować ile takich „odkryć” czeka w bibliotekach, archiwach i różnorakich zakładach… tym bardziej każde z nich cieszy, a gdy dodatkowo zostaje utrwalone na płycie nie pozostaje nic innego, jak tylko pochylić się i posłuchać.
Jednym z takich odkryć uraczyła nas niedawno wytwórnia Musicon, prezentując już 77. tom serii Musica Claromontana. Niewątpliwie jasnogórskie archiwa, których omawiany cykl wydawniczy dotyczy, skrywają wiele pereł – przepastne zbiory klasztoru Paulinów od lat uraczają świat coraz to nowymi muzycznymi rewelacjami. Dzięki nim (i pracom wszystkich zaangażowanych w to badaczy) świat na nowo zachwycić się Zeidlerem, Dankowskim, czy w końcu… Żebrowskim. Właśnie jego cykl sześciu sonat triowych na dwoje skrzypiec i basso continuo stał się trzonem nowego albumu. Nie są to utwory zupełnie marginalne dla polskiej historii – zostały wydane w 1757 roku w Amsterdamie, co dla rodzimego kompozytora było raczej wyjątkiem, niż regułą. Rzadko kiedy bowiem udawało się doprowadzić do wydania drukiem swoich kompozycji na zachodzie – miało to swoje konsekwencje. Rękopiśmienne kopie (a tym bardziej oryginały) często nie dotrwały do naszych czasów, pozbawiając twórców zaszczytnego miejsca u szczytów Parnasu. Stąd w polskiej fonografii zauważalna luka – choć powstaje coraz więcej albumów poświęconych naszej muzyce dawnej, tak wciąż obszar ten stanowi rozległą terra incognita, sferę, którą należy stale uzupełniać kolejnymi nagraniami (może w końcu doczekamy się oper Elsnera i Kurpińskiego?).
To jednak utopijna pieśń przyszłości – jak natomiast wypada zaprezentowany zbiór sonat Żebrowskiego? To utwory niejednoznaczne i niejednorodne stylistycznie, z pogranicza dwóch współistniejących epok – schyłku baroku i z wolna rodzącego się klasycyzmu. Pod względem formy wszystkie cechuje jednolity, trzyczęściowy model włoski ze skrajnymi ogniwami utrzymanymi w szybkich tempach i wolnym środkowym (stosowany jeszcze we wczesnych divertimentach Mozarta). Wyłamują się jedynie dwie sonaty (II i III), umieszczając wolną część na pierwszym miejscu, co zbliża może symbolizować dalekie związki z barokową sonatą da chiesa… ale wcale nie musi. Układ części, wbrew współcześnie skodyfikowanej nauce form muzycznych, rzadko był narzucony i ściśle przez kompozytorów przestrzegany.
W zakresie rozwoju materiału muzycznego utwory tkwią jeszcze ściśle w baroku – są niewielkich rozmiarów (większość części zamyka się w 2-3 minutach, zaś najbardziej lakoniczne finały trwają ledwie jedną) i próżno w nich szukać form znanych z rozwiniętego stylu klasycznego - allegra sonatowego czy ronda (mimo zaczątków budowy okresowej). Niemal każde z ogniw zamyka się w dobrze znanej formule ABA. Również pod kątem harmonii nie uświadczymy tu fajerwerków znanych z twórczości m.in. Carla Philippa Emanuela Bacha. Żebrowski opiera się tu głównie na akordach triady harmonicznej, preferując tryb durowy, stosując proste modulacje do tonacji subdominanty, dominanty, okazjonalnie korzystając z pokrewieństwa jednoimiennego (Adagio z Sonaty G-dur utrzymane jest w g-moll). To z kolei zbliża te sonaty do estetyki galant i rokoka. Czytelnik mógłby w tym momencie zbyć te dzieła ostentacyjnym ziewnięciem i pomyśleć: “ot, nie ma w tych utworach nic interesującego, muzyka jakiej wiele”. To nieprawda. Kompozytor czuje się w tej stylistyce jak ryba w wodzie i potrafi utartą formę wypełnić naprawdę zajmującą treścią. Motywy skrzą się humorem i elegancją (znów klasyczna cecha) – choć oparte na prostych trójdźwiękach i pochodach gamowych, z łatwością angażują słuchającego i dają się zapamiętać. Z rzadka pojawia się skomplikowana polifonia, często są to jedynie chwilowe, swobodne imitacje pomiędzy pierwszymi a drugimi skrzypcami. Wyjątek stanowi finał Sonaty D-dur, oznaczony jako Allegro Fugato – znać, że kompozytor dysponuje znakomitym warsztatem również w zakresie znajomości kontrapunktu (co szerzej ukazywał w muzyce religijnej).
Do niektórych sonat Żebrowski włączył menuety – kojarzone już z Haydnem czy Mozartem – co pokazuje tylko, że kompozytor podążał za muzycznymi nowinkami. Nie są one, co prawda, tak rozbudowane, nie zawierają klasycznego tria, niemniej stanowią zalążek tego, co dwadzieścia kilka lat później stanie się standardem. W jednym z odcinków można nawet doszukać się pokrewieństwa z kolędą “Wśród nocnej ciszy” – pierwsze cztery dźwięki są identyczne, choć oczywiście w przebiegu utworu inaczej rozwijane. Być może to konotacja na wyrost, przez kompozytora nie zamierzona, a może to wciąż niesłabnąca atmosfera poświąteczna… niemniej warto nausznie zweryfikować.
W końcu - znać, że kompozytor znakomicie opanował wiolinistykę i technikę pisania na te instrumenty. Śpiewne, kantylenowe linie melodyczne przywołują głos ludzki, a i humorystyczne staccatowe przebiegi gamowe nie chybią efektu, wydobywając na wierzch walory instrumentów. Basso continuo nie stanowi jedynie niezbędnej podstawy harmonicznej, a aktywnie uczestniczy w kreowaniu narracji muzycznej – stanowi integralną część kompozycji (na płycie sekcję b.c. realizowała zarówno wiolonczela, jak i pozytyw). Nie dziwi fakt, że w połowie XVIII wieku cyklem zainteresowało się niderlandzkie wydawnictwo – nie jest to muzyka przełomowa, która odmieni myślenie o estetyce czasów z pogranicza epok, ale z pewnością niejednego zainteresuje…
…a dodatkową atrakcję na płycie stanowią ponadto dwie premiery fonograficzne - dwa tria (czy też sinfonie, jak w oryginale podano) O. Amandusa Ivanschiza. Bynajmniej nie pełnią one funkcji koniecznego “wypełniacza”, a ściśle korespondują estetycznie z całą resztą. Nie brak im również z lekka zadziornego humoru – posłuchajcie pierwszej części Tria D-dur! Krótkie, czupurne przednutki, drobne meandry harmoniczne (w postaci nagłych, chwilowych zmian trybu) oraz dźwięki obce tylko ten efekt potęgują. Przy tym nie jest to muzyka jednorodna charakterologicznie – modulacja do c-moll (nieco zawoalowana) w środkowym odcinku Tria Es-dur, wprowadza nie tylko konieczny kontrast tonalny, ale i elegijne tchnienie do dworskiego tańca.
Wykonania są absolutnie pierwszorzędne. Cały kwartet artystów (w składzie: Adam Pastuszka – skrzypce, Violetta Szopa-Tomczyk – skrzypce, Jarosław Thiel – wiolonczela, Marcin Szelest – pozytyw), wykorzystujący instrumentarium i praktykę historyczną, oddał tej muzyce sprawiedliwość, wykonując ją w sposób stylowy, acz ekspresyjny. Udało im się wydobyć liczne smaczki z poszczególnych fragmentów: świetnie wykorzystali efekty echa na tle głęboko brzmiącej nuty pedałowej w basie we wspomnianym Allegro Fugato, znakomicie podkreślili dysonujące akordy zmniejszone w wolnym ogniwie Sonaty G-dur, jak również wznoszącą progresję pomiędzy pochodami gamowymi skrzypiec w środkowym odcinku pierwszej części Sonaty A-dur. To drobne szczegóły, ale właśnie dzięki nim interpretacje stają się tak bogate i zajmujące na wielu poziomach. Sala Kameralna Narodowego Forum Muzyki dysponuje odpowiednio przestrzenną, acz intymną akustyką, co zostało uchwycone na nagraniu – dzięki temu wszystkie detale są uchwytne.
Nie do końca rozumiem natomiast układ utworów na płycie. Dużo przejrzyściej byłoby zastosować układ zgodny z kolejnością utworów cyklu Żebrowskiego, zwłaszcza, że pomiędzy kolejnymi sonatami można dostrzec wzorzec doboru tonacji. Zastosowano tu układ opierający się na pokrewieństwie tercjowym – A, F, Es (tu następuje drobne wyłamanie ze schematu), G, B, D – warty podkreślenia na płycie. Suma summarum nie wpływa to jednak w żaden sposób na odbiór.
Niewątpliwie płyta ma ogromny walor poznawczy – każde tego typu odkrycie warte jest zarejestrowania i wysłuchania, rodzimej muzyki nigdy za wiele. Wedle dewizy Horacego, Żebrowski to już niemal potrójny klasyk! Przede wszystkim jednak są to utwory pisana z taką werwą, kunsztem i niesłabnącą radością (mimo wtórności, która czasem daje swe znaki), że angażuje słuchacza i, co w muzyce najważniejsze, sprawia ogromną przyjemność, uraczając go pełnymi wdzięku tematami. Dodatkowo, wykonanie sprawia, iż po album warto sięgnąć nie raz, nie dwa, zatapiając się swobodnie w słonecznym świecie polskiego rokoka…

